Jak zaatakował mnie krokodyl i inne historie

Wiecie co, czasami przychodzi taki moment, kiedy warto odetchnąć od dominujących tematów w takiej około-modowej blogosferze. I tak dla relaksu poczytać o czymś innym niż marynarka bez podszewki, garnitur na luzie czy dobieranie poszetki i krawata. Zamiast tego podrzucam dzisiaj dwie historie związane z moim zawodowym – nie blogowym życiem. Z lekkim przymrużeniem oka rzecz jasna. Więc jak, gotowi? Kawa jest? Herbata z prądem albo sam prąd bez herbaty? To jedziemy na początek do Ameryki. Do tytułowego krokodyla. A właściwie to aligatora…

Aligator

Rok po pamiętnym huraganie Katrina, który spustoszył Nowy Orlean, los w postaci wyboru miejsca na coroczną konferencję amerykańskich towarzystw herpetologicznych, rzucił mnie właśnie do Luizjany. Nie obyło się bez przygód – spóźnione lądowanie w Waszyngtonie, w efekcie czego ja nie zdążyłem na lot do Nowego Orleanu, ale mój bagaż zdążył. Na miejsce doleciałem dzień później, gdzie okazało się, że mój współlokator poszedł sobie zwiedzać miasto i zapomniał poinformować recepcję, że ktoś taki jak ja przyjedzie. W efekcie przez dwie kolejne godziny czekałem aż Radżkummar wróci ze swojej wycieczki. W każdym razie po trwającej niemal tydzień konferencji wynająłem auto i ruszyłem zwiedzać okolicę. Miałem głęboki zamiar znaleźć mokasyna błotnego, zwanego cottonmouth (o nim później) a poza tym interesowało mnie wszystko co tam żyje, ze szczególnym wskazaniem na pełzające stwory.

Zatrzymałem się nad jeziorem i dawaj buszować w nadbrzeżnych zaroślach. Ku mojej wielkiej radości okazało się, że oczy aligatorów (których pływało tam całkiem sporo) rzeczywiście odbijają światło i na powierzchni wody świecą jak małe latarnie. Jedna z takich par oczu, i to największa z tych, które nad wodę wystawały, powoli i majestatycznie obróciła się w moim kierunku. Parę chwil później zwierzak był pod moim nogami (stałem na wysokiej na około metr skarpie). Zrobiłem bestii jedno i drugie zdjęcie, po czym przez głowę przemknęło mi, że one potrafią bardzo wysoko wyskakiwać z wody. Aligator też musiał sobie o tym przypomnieć bo jak na komendę popisał się piękną świecą i rąbnął pyskiem w kępę trawy, tuż obok mojej stopy. Ową kępę zresztą wyrwał. Oczywiście zrobiłem mu następne zdjęcie. I zacząłem się zastanawiać, czy Ali, jak go nazwałem

a) chciał mnie tylko nastraszyć;

b) chciał mnie zjeść, ale jest ciamajdą i nie trafił;

c) upolował coś co łaziło koło mojej nogi;

d) jest vege i chciał się nażreć trawy?

Uznałem, że nie jest dość duży, aby zagrozić mojemu życiu, choć przeszło mi przez myśl, że jest wystarczająco duży żeby mnie solidnie pokaleczyć. I przyznam, że dopiero to ostatnie skłoniło mnie, żeby zrobić kilka kroków wstecz. Ali został z kępą trawy w pysku. Po czasie uznałem, że w zasadzie lepiej się było w ogóle do tej wody nie zbliżać 😉

Mokasyn

Mokasyn błotny, czyli cottonmouth, to taki wąż z podrodziny grzechotnikowatych. Nie ma grzechotki na końcu ogona, jak jego bliscy krewni, ale tak jak i oni jest jadowity. I może nawet trochę ponad przeciętną w swojej rodzinie. Bardzo chciałem takiego zobaczyć na wolności i zrobić mu jeszcze jakieś zdjęcie. Według słów kolegów spotkanych na konferencji, znalezienie go to pestka, zwłaszcza po huraganie, łatwiej trafić na niego niż jakiegokolwiek innego węża. W to mi graj!

Uzbrojony w specjalny chwytak do łapania jadowitych węży ruszyłem na poszukiwania mokasyna. Podnosiłem wszystkie kawałki blachy, pniaki, kamienie, stare opony i co się jeszcze dało, a pod czym zwykle kryją się węże. Znalazłem dziesiątki nerodii, pończoszników, kilka …, które są w okolicy rzadkością ponoć, węże zbożowe a nawet przepięknego węża trawnego (ok, ten akurat był na drzewie). Były dosłownie setki jaszczurek, były żółwie, żaby, czasami jakieś gryzonie. Ale nie było ani jednego mokasyna.

Zdrowy rozsądek podpowiadał mi, aby w obcym terenie każdego węża traktować jakby było jadowity. Stosowałem tą regułę aż do przesady. Nawet niegroźne nerodie, takie ekologiczne odpowiedniki naszych zaskrońców, łapałem chwytakiem. Nerodie swoją drogą mają temperament bestie… Złapane kąsają jak szalone… W każdym razie po paru dniach bezskutecznych poszukiwań uznałem, że znam już wszystkie nerodie w okolicy, a mokasynów tam nie ma. I postanowiłem przestać wywijać tym chwytakiem. Pierwsze co przepłynęło obok postanowiłem złapać ręką. Mała, około 20 cm “sznurówka”. Która otworzyła (na całe szczęście) mordkę eksponując piękne, białe wnętrze pyska. No właśnie, białe. Od białego pyska wzięła się nazwa cottonmouth, czyli bawełnopski w wolnym tłumaczeniu. Do dzisiaj pamiętam te dwie małe igiełki sterczące z jego pyska. Rękę cofnąłem, wąż odpłynął, mokasyna widziałem. Nie ukąsił:) Nadal na pytanie, czy kiedyś ugryzł mnie jadowity wąż mogę odpowiadać, że nie. Jeszcze nie… 😉

Godowiska zaskrońców i nie tylko zaskrońców

Jednym z moich pierwszych naukowych projektów były badania populacji zaskrońców z rezerwatu Stawy Milickie. Uzbrojony w aparat, notatnik i zezwolenie raz w tygodniu przez jakieś trzy lata buszowałem po groblach i trzcinowiskach wybranego kompleksu stawów. Szukając węży zwykle należy po prostu patrzeć pod nogi. I tak gapiąc się na ścieżkę skradałem się zarośniętą groblą prowadzącą na nieWielką polankę, zwykle pełną poszukiwanych i pożądanych wtedy zaskrońców. Ciepłe, majowe słońce, wiosna. węże i wszystko co żyje goduje. Mniej ostrożne, łatwiej podejść. No i tak idąc i patrząc pod nogi wlazłem na moją wężową polankę.

Na polance, niezbyt dużej zresztą, okazało się, że faktycznie trwa godowisko. Tyle, że nie węży, a pary motocyklistów. Po mojej lewej stronie stał motocykl wraz z różnymi częściami garderoby, a po prawej godowali jego właściciele, zupełnie bez garderoby i bardzo mocno sobą zajęci. Nie wiem, kto był bardziej zaskoczony. Ja spotkaniem namiętnej pary w środku rezerwatu, czy oni, widokiem umorusanego gościa z workiem węży. W każdym razie od tamtego zdarzenia w protokołach pomiarowych moich węży w rubryce “stanowisko”, każdy zaskroniec tam złapany miał wpisane”grobla motocyklistów”.

Co ciekawe, musiał być to jakiś szczególny dzień, ponieważ dwie godziny później ponownie natknąłem się na rezerwatowych randkowiczów. Na szczęście jeszcze poubieranych…