Kangur

Z innej strony bloga

Tak – dzisiaj wpis bez stylizacji i tak trochę z innej beczki niż większość tego, co publikuję w Męskim Pubie. Ale czasami taka wakacyjna odskocznia może się przydać. A być może będzie też trochę inspirująca. W każdym razie, dzisiaj trzy luźno powiązane ze sobą historie zza kurtyny.

Gitara

Prawie trzy lata temu, podczas wizyty w Muzeum Fielda w Chicago, gdzie mierzyłem czaszki węży, wracając z tegoż muzeum do najtańszego hostelu w rozsądnej odległości od badanej kolekcji, natknąłem się na spory hangar, pełniący funkcję klubu – pubu – restauracji. Nazywał się Buddy Guy’s Legends. Wszedłem do środka i odżyły moje dawne fascynacje. W środku nad dwoma barami wisiały gitary. Nie zwykłe gitary, ale takie podpisane przez wielkich gitarzystów, którym przyszło zagrać w The Legends. Bo właścicielem Buddy Guy’s Legends jest nie kto inny, jak legendarny Buddy Guy. Kto nie zna Buddy Guya i historii gitary elektrycznej, niech wie, że ten charyzmatyczny bluesman był jednym z tych, na którym wzorowali się Jimi Hendrix, Eric Clapton, gitarzyści The Rolling Stones i wielu, wielu innych. On po prostu jest żywą legendą bluesa i muzyki blues-rockowej w ogóle. Ponoć sam Muddy Waters rzekł przechodząc na emeryturę, że teraz “cały ten blues” jest na głowie Buddy Guya. W każdym razie nad barem wypatrzyłem “wiosła” Keitha Richardsa (Rolling Stones), Toma Petty, Erica Claptona, B. B. Kinga i jeszcze ze dwudziestu innych, równie wielkich. W The Legends, poza samym gospodarzem grywał też nieodżałowany Stevie Ray Vaughan.

Poza tymi gitarami, w The Legends serwują też bardzo dobre (jak na amerykańskie, hamburgerowo-hot-dogowe standardy) jedzenie w akceptowalnej cenie. Akceptowalna, oznacza przedział 10-20 $ *zwykły hot-dog to 5$ a hamburgero-coś z frytkami i colą to około 10$). No i poza jedzeniem jest też dobre piwo 😉 A warzone specjalnie dla nich Buddy Brew jest naprawdę dobre (w piątki do każdego Buddy Brew dają dedykowaną szklankę gratis – parę przywiozłem…).

I gra gitara…

No ale… W  The Legends praktycznie cały czas ktoś gra. Prawdziwego, dobrego bluesa. A wieczorami, dzień w dzień są koncerty lokalnych zespołów. W czasie dwu tygodniowego pobytu w “wietrznym mieście” kilka z nich zaliczyłem. Urzekło mnie brzmienie. Czyste, ciepłe, ani za głośne, ani za ciche. Po trzech-czterech godzinach wychodziłem stamtąd bez pisku w uszach. Cóż za miła odmiana po siermiężnych krajowych klubach, w których akustyk zna chyba tylko pokrętło głośności, a kolumny charczą ostatkiem sił zdezelowanych głośników. Efekt tego był taki, że po powrocie do Polski wyciągnąłem z piwnicy swoją starą gitarę, która jak się okazało, wymagała po latach dużego nakładu pracy. W domu pojawiła się “Sheri”, czyli Epiphone Sheraton II w wersji Vintage Sunburst (czyli jeszcze jedna gitara…) oraz w pełni lampowy “potwór”, Blues Custom 30, również Epiphone’a. A jak już przypomniałem sobie podstawy używania gitary, założyłem zespół:)

Zespół

Zespół założyłem razem z dwoma kolegami, Krzyśkiem (bas) i Michałem (gitara). Nawet mieliśmy dwie próby. Tzn. jedną z Krzyśkiem i jedną z Michałem, ale coś się posypało z czasem i z pierwszego składu zostałem tylko ja 😉 Z drugiego, na dłuższy czas ostał się Tadeusz (perkusja) a basista i w sumie trzech lub czterech gitarzystów i klawiszowiec wytrwali po parę tygodni lub miesięcy. Wytrwał za to Piotrek (harmonijka) i kolejny skład jest już, mam nadzieję, ostateczny (w miarę) 😉

I po wszystkich perypetiach udało się nam nawet zadebiutować we wrocławskim klubie Stara Piwnica, zagrać na super imprezie Rakstock 2017 w Rakowie pod Wrocławiem. Jeszcze raz wielkie dzięki dla organizatorów za zaproszenie! A wszelkie znaki na niebie i ziemi mówią, że niedługo znowu posprawdzamy wytrzymałość publiczności 😉

Debiut w "Starej Piwnicy"
Debiut w “Starej Piwnicy”. Na pierwszym planie Hubert Rudawski, w tle Piotrek Hobler. A reszta składu nie zmieściła się w kadrze:)

I tak o to, lata całe po ukończeniu liceum udało mi się zrealizować swoje dawne, rock’n’rollowe marzenie:) Bo na to nigdy nie jest za późno!

I w najbardziej rock'n'drollowej stodole, czyli Rakstock w Rakowie ;)
I w najbardziej rock’n’drollowej stodole, czyli Rakstock w Rakowie 😉 W tle Darek Metzger oraz wzmacniacz postawiony na kartonie po pralce – a co! Taki klimat 😉

Zew włóczęgi

Ciężko czasami wytrzymać w mieście. Ruszyliśmy z Kangurem w dzicz. czyli jakieś 30 km. od Wrocławia, zaszyć się z daleka od hałasów, problemów, polityki, ekonomii. Za to z możliwością pooglądania tego, co często w biegu nam umyka. Nad wielką rzeką, na spokojnie poobserwować ataki boleni na drobnicę. Czy wielkie klenie zbierające z powierzchni pechowe owady. Płynącego pod prąd rzeki bobra na wieczorny żer. Tak był zaabsorbowany czekającą na brzegu kolacją, że przepłynął kilka metrów ode mnie i Kangura, zupełnie nie zwracając na nas uwagi. A po zmroku tuż pod powierzchnią rozegrał się spektakl nocnych drapieżników. Wielkie pluski i widoczne w świetle księżyca fale mógł zrobić tylko sum. Uciekająca na płyciznach drobnica świadczyła o żerowaniu sandaczy. Taka noc, kiedy woda zaczyna kipieć od ryb trafia się tylko kilka razy do roku.

Wracając minąłem miejsce, które na nocną zasiadkę na wielką rybę wybrali sobie trzej rośli panowie. Wieczorem poprzedniego dnia mijałem ich idąc wzdłuż rzeki. Rosłe chłopy w patriotycznych koszulkach z serii  “44 pamiętamy”, “wielka biała Polska” czy “śmierć wrogom ojczyzny” (biorąc pod uwagę ich stan to ostatnie powinno być “śmierdź wrogom…”). Patriotyzm zatrzymał się niestety tylko na koszulkach i poza deklarowaniem oczyszczenia polskiej ziemi z obcego kulturowo elementu nie objął już uprzątnięcia polskiej ziemi z przywleczonych przez siebie puszek i flaszek czy “jednorazowego” grilla, że o innym badziewiu nie wspomnę… Zapewne taki patriotyzm nie jest już cool.

Tak czy inaczej, niebawem wycieczkę powtórzę, tym razem korzystając z urlopu zaszyję się gdzieś poza miastem na więcej niż jedną noc.

Kangur

Kangur
Kangur, czyli pies znajda.

Tak jak w poprzedniej części tego wpisu napisałem, czasami uciekam z miasta w miejsca możliwie mniej skażone cywilizacją. Rok temu, dokładnie 15 lipca też tak zrobiłem. Efektem było poznanie Kangura, który wtedy jeszcze nie nazywał się Kangurem. Kangur najwyraźniej miał pecha trafić na “ludzi” którzy uznali, że psa można się tak po prostu pozbyć. Szybko wytępiłem kilka pcheł, które na nim ostały, zafundowałem mu porządną kąpiel i od nieco ponad roku mam nieodłącznego, choć czasami trochę ofermowatego, towarzysza. W pracy zyskał już status maskotki i jeśli zdarza się, że przychodzę bez niego, to wywołuje to niezadowolenie koleżanek i kolegów.

Od roku z jego powodu trwa debata, czy ja znalazłem Kangura, czy Kangur znalazł mnie. Zdania są podzielone…