walentynki

Walentynki – dlaczego ich nie lubię

Dlaczego nie lubię walentynek? W zasadzie od samego początku, jak tylko to święto (?) zagościło nad Wisłą, czułem doń awersję. Nie dla tego, że walentynki są obce, bo przecież mamy całe multum obcych obyczajów w naszej kulturze. Normalne, że zapożycza się coś od sąsiadów. Ale walentynki jakoś mi nie leżały. Za bardzo cukrowe, różowe, serduszkowe i takie tam. Może też dla tego, że kiedy dorastałem było to obyczaj praktycznie nieznany, a pojawił się u nas kiedy stawałem się zbuntowanym nastolatkiem.  A więc czemu nie lubię walentynek?

A więc nie lubię walentynek bo…

Bo walentynki pojawiły się w Polsce w czasie wczesnego rozkwitu gospodarki wolnorynkowej. I siłą rzeczy zyskały obraz najbardziej tandetnej z tandetnych rewii kiczowatych gadżetów made in China. Wszystkich serduszek, baloników, pluszaczków, cukiereczków i innego badziewia, będącego odzwierciedleniem najbardziej bezgustownego oblicza wielkiego brata zza oceanu. Fuj! Ja wtedy słuchałem grunge’u (też zza oceanu 😉 ), Kultu (nie zza oceanu) i paru innych zespołów w tych klimatach i w takich kręgach walentynki nie były czymś mile widzianym. To było dla mnie i moich kumpli ucieleśnienie tandety i najbardziej prymitywnej komercji. Oczywiście, jak któryś miał dziewczynę, to zaczynał się konformizm i z uciułanego kieszonkowego składał ofiarę na ołtarzu tej wzgardzanej komercji, unikając spojrzeń kolegów 😉

A poza tym…

To do dupy takie święto zakochanych, co wypada w lutym. Zimno, buro i ponuro. Jeszcze nawet ptaszki nie ćwierkają jak należy. Wszystkie knajpy, w których można usiąść i pogadać ze znajomymi pozajmowane przez pary, parki i pareczki, które akurat dzisiaj muszą wyleźć i pokazać się światu. A w tych knajpach jeszcze żeby wszystko dobić, puszczają same rzewne ballady o miłości (prawe jak “Last Christmas” na Boże Narodzenie).  A żeby tak siąść z kumplami i normalnie pogadać przy piwie, to nie ma gdzie. Zresztą to nawet jakby było gdzie, to nie ma z kim, bo kumple (a czasami i ja też się uginałem) musieli swoje walentynki odrobić.

Bo walentynki są sztuczne

Połowa facetów idzie na te walentynki bo musi. Bo jak nie, to im kobita strzeli focha. Więc idą, bo tak trzeba. Kupują kwiatek albo cały wiecheć i idą do kina czy na kolację. Bo tak trzeba, czego dowiedzieli się z reklam i mniej lub bardziej idiotycznych komedii romantycznych. Połowa pań cieszy się z tych protez faktycznej pamięci, bo to często ten jedyny raz w roku, kiedy ON zaprosi je na kolację czy do kina albo wręczy ten cholerny kwiatek. Fajnie, jeśli będzie przy tym pamiętać, żeby dać kielichem do góry a łodygą w dół i odwinie z papieru. Bo żeby tak bez okazji coś takiego wykminić, to często się nie zdarza. Więc trzeba szczególnej okazji, aby raz na pół roku odstawić atrapę romantyzmu. A szkoda.

No właśnie. Walentynki to przymus…

A ja cholernie nie znoszę jakichkolwiek form przymusu. Nie znoszę robienia czegoś, bo tak wypada, tak trzeba. Mogę coś robić, bo chcę, czuję i potrzebuję. Ale nie dlatego, że muszę. A ponieważ zrobił się z tego prawie, że obowiązek, którego zignorowanie grozi fochem, o ile nie jest się singlem, to jestem na nie. Najeżony i nastroszony. A poza tym, to nie potrzebuję walentynkowego bata, aby TEJ OSOBIE dać coś od siebie. I co więcej, cieszyć się z tego. A walentynki i ich przymus tą frajdę mi odbierają.

Na całe szczęście, jest całkiem duże grono ludzi, które tego jako przymus nie odbierają i pewnie mają lepiej pod sufitem ułożone niż ja w tej kwestii 😉 Więc tym wszystkim, którzy walentynki lubią, życzę bardzo udanego dnia Świętego Walentego! I również tego, żeby czasami takie walentynki zrobić ukochanej osobie tak ad hoc, bez specjalnej okazji.