second-hand

Przemiana #4- Dlaczego second-hand?

Dlaczego second-hand wygrywa, przynajmniej na początku przygody z przebudową garderoby? W poprzednim wpisie już częściowo na to pytanie odpowiedziałem – cena robi swoje! Inwestując tą samą ilość gotówki, w sklepach typu second-hand można nabyć kilka razy więcej ubrań i akcesoriów. Moimi największymi trofeami są jak do tej pory marynarka z Harris Tweedu kupiona za pięć złotych i wełniana kamizelka za siedem. Za nówki w tej kategorii jakościowej musiałbym zapłacić w sumie dobrze ponad tysiąc złotych. Warto?

Cena to nie wszystko

Jak dla mnie wielką zaletą second-handów jest niepowtarzalność ich asortymentu. Niestety, popularne sieciówki często oferują bardzo podobny towar. Może różnić się jakością (nie zawsze te lepsze są droższe a te tańsze są gorsze, choć zwykle są), ale podąża za aktualnymi trendami modowymi. Co więcej, w obrębie jednej, popularnej sieci sklepów znajdziemy ten sam model w kilku rozmiarach, czasami w kilku wariantach kolorystycznych, a wreszcie w setkach a nawet tysiącach egzemplarzy. Taką samą koszulę kupi setka facetów we Wrocławiu, następna w Poznaniu, kolejna w Łodzi i tak dalej. Kupując w second-hand ryzyko trafienia na ciuch o wysoce powtarzalnym kroju, wzorze i materiale jest małe. A przecież nie po to zmieniamy styl, aby wtapiać się w tłum, prawda?

Droższe sklepy mają często szerszą ofertę w obrębie danej kategorii, mimo to jednak standardem pozostanie sytuacja taka jak na przykład spodnie – pięć wzorów, koszule – pięć wzorów i tak dalej. W second-handach bywa, że każdy egzemplarz to inna bajka (co ma też swoje minusy – ten super ciuch jest na przykład o dwa numery za mały…).

Trochę wprawy w szperaniu między eksponowanymi tam ubraniami (w większości „lumpeksów” towar wisi na wieszakach, bywa, że posortowany kolorami i rozmiarami, a już na pewno rodzajem: marynarki osobno, spodnie osobno, koszule osobno itp.) pozwoli na wyłapanie ciuchów o naprawdę dobrej jakości. Ba! Dorównującej a czasami przewyższającej współczesne produkty sektora odzieżowego z tak zwanej średniej półki, produkowane zbyt często w myśl zasady tanio uszyć-drogo sprzedać-szybko zużyć. Bywa, że tak naprawdę nie noszonych albo mało noszonych.

Poza przytoczonymi powyżej argumentami, warto jeszcze wziąć pod uwagę kwestię szeroko rozumianej ekologii. Żyjemy w czasach rozpasanej konsumpcji: kupujemy, zużywamy i wyrzucamy, bez choćby próby naprawy. Materiałoznawcy dokładają wszelkich starań, aby produkt odmówił posłuszeństwa tuż po upływie terminu gwarancji, a ewentualna naprawa była nieopłacalna. Second-hand daje tym rzeczom nowe życie, a odrobina wysiłku owocuje pięknem nowych stylizacji.

Kiedy kupować w second-handach?

W sklepach typu second-hand obowiązują najczęściej regularne obniżki cen towaru. Najdrożej (i najtłoczniej) jest w dniu dostawy nowego towaru. To wtedy mamy największą szansę na upolowanie dobrych ciuchów i widok kolejki ustawiającej się w dniu dostawy jeszcze przed otwarciem sklepu nie jest czymś niezwykłym. Najtaniej, w ostatnim dniu wyprzedaży. Wtedy szanse na trafienie czegoś fajnego są teoretycznie najmniejsze, ponieważ towar jest już przejrzany, ale wcale nie zerowe. Wspominaną wcześniej tweedową marynarkę kupiłem właśnie w ostatnim dniu wyprzedaży. Różnice cenowe zależą od konkretnego sklepu, ale częstym podejściem jest początkowa cena wynosząca około 70 zł za kilogram i końcowa wyprzedaż za 25-30 zł za kilogram albo wręcz po 5 zł za sztukę. Czasami na konkretnych ubraniach wiszą ustalone ceny (np. spodnie za 20 zł) i od niej odlicza się rabat (np. 5-10% za każdy kolejny dzień od ostatniej dostawy). Osoby o „standardowych” gabarytach powinny się raczej spieszyć, natomiast ci „odstający” od rozmiarowej średniej mają większe szanse na zaoszczędzenie pieniędzy.

Jak kupować w second-handach?

Dobrze mieć przygotowaną strategię poszukiwania. Na początku przygody z przebudową garderoby poszukujemy w zasadzie… wszystkiego. I jesteśmy gotowi kupić wszystko, co na nas pasuje. Aby jednak nie wpaść w szaleństwo zapchania ledwie oczyszczonej szafy stertą ubrań, które nie będą do siebie pasować i z których ciężko będzie nam ułożyć jakiś sensowny zestaw, zalecam umiar i koncentrację na jak najbardziej uniwersalnych krojach i kolorach. Z czasem braki w garderobie zaczynają się zapełniać a nasze potrzeby stają się coraz bardziej sprecyzowane. A jednocześnie mając już w szafie solidne podstawy naszej garderoby, większe doświadczenie i świadomość łatwiej będzie nam wyłowić elementy uatrakcyjniające nasz styl.

Na co zwracać uwagę?

Wybrane ubrania bardzo dokładnie oglądamy. Jeśli podoba nam się krój i kolor, a rozmiar wstępnie sugeruje że będzie na nas pasować, zaczynamy od znalezienia metki (najczęściej wszyta z boku albo na karczku w przypadku koszul i swetrów, ukryta w wewnętrznej kieszeni marynarek bądź przyszyta do podszewki, pod pasem spodni) i studiujemy skład. Ja ograniczam się tylko do naturalnych materiałów i do tego samego wszystkich namawiam. Nie poluję w second-handzie na poliestrowe koszule czy akrylowe swetry! Jeśli skład się zgadza, następuje bardzo szczegółowa inspekcja stanu technicznego odzieży. Szukam dziur, plam, zaciągniętych nitek. Oceniam kołnierzyki, mankiety, nogawki, stan zamka, kieszenie, zmechacenie i co tam jeszcze wpływa na jakość towaru. Jeśli ten egzamin przebiegnie pozytywnie, czyli uszkodzeń brak, albo naprawa jest banalna (np. przyszycie guzika) a ciuch dobrze rokuje, nadchodzi czas przymiarki.

Chociaż ubrania są (zwykle) zaopatrzone w metki z rozmiarami, to radzę im tak do końca nie ufać. Mam sweter w rozmiarze „S”, który pasuje na mnie jak ulał i inny w rozmiarze „L”, który też nie jest ani za mały ani za duży. Nie raz zdarzyło mi się mierzyć spodnie, niby w moim typowym rozmiarze, których dopiąć nie mogłem nawet po wciągnięciu brzucha, albo odwrotnie, mogłem bez rozpinania ściągać mając jeszcze dużo luzu. W second-handach są kabiny z lustrami, jak w każdym sklepie odzieżą i każde ubranie powinno być bezwzględnie przymierzone. Nawet, jeśli na oko wygląda, że będzie pasować, trzeba przymierzyć. Ubranie ma na nas dobrze leżeć, lub rokować, że tak będzie po drobnej interwencji krawca. Wreszcie czas na kontrolne ważenie (jeśli jest system sprzedaży na wagę) i ostateczną decyzję czy kupić, czy nie. Warto być tu bezlitosnym, w przeciwnym razie w szybkim tempie przybędzie nam szmatek do butów, ścierania kurzu czy produktów będących wynikiem innej koncepcji recyklingu nietrafionego zakupu. Ja second-handy odwiedzam regularnie (mam dwa-trzy na trasie z pracy do domu) i zwykle wracam z pustymi rękoma. Ale co kilka wizyt trafia się coś, co wpasowuje się w mój gust i aktualne potrzeby.

second-hand
Wypatrzona w second-handzie marynarka – leży dobrze…
second-hand
… ale w klapie nad butonierką jest mała,ale rzucająca się w oczy dziura.

Na przykład, na zdjęciach obok wypatrzona niedawno dwurzędowa marynarka. Leżała jak ulał, co w moim przypadku jest rzadkością. Jednak widoczne na zdjęciu po lewej uszkodzenie kołnierza sprawiło, że zrezygnowałem z zakupu (marynarka “ważyła” 60 zł) i postanowiłem poczekać aż  “schudnie” do 15-20 zł, i dopiero wtedy kupić ją i zanieść do cerowania artystycznego (koszt około 40-50 zł). Niestety, marynarka nie poczekała, czego nie mogę odżałować…

Opisywana powyżej dziura była łatwa do wykrycia – umiejscowiona na klapie nad butonierką, w tkaninie o jednolitej barwie sama rzucała się w oczy. Czasami jednak uszkodzenia są znacznie lepiej zamaskowane i mimo oględzin, łatwo je przeoczyć, zwłaszcza na tkaninach o drobnym, nieregularnym wzorze i szorstkiej, włochatej fakturze (np. tweedy i inne zgrzebne wełny). Jeszcze łatwiej, kiedy ubranie bardzo nam się podoba i pasuje do sylwetki bez perspektywy krawieckich przeróbek – wiem z autopsji, że poziom zakupowego sceptycyzmu potrafi w takiej sytuacji gwałtownie spaść (na przykład na mnie działa tak między innymi metka Harris Tweedu).

second-hand
… ale patrząc pod światło już nie.
second-hand
Rękaw marynarki – trudno tu wypatrzyć dziury…

Obok przykład mojego frycowego – narwanego zakupu, fajnej, wełnianej marynarki. Przy słabym oświetleniu second-handu przeoczyłem kilkanaście (!) drobnych dziur (mole musiały mieć używanie). Przy okazji przypadkiem odkryłem sposób na dość skuteczne i szybkie wykrywanie takich uszkodzeń, przynajmniej w marynarkach. Otóż należy spróbować patrzeć przez marynarkę (od strony podszewki) w kierunku jakiegoś źródła światła (okno, jarzeniówka, żarówka etc). Tkaniny te przepuszczają bardzo mało światła – tam gdzie są dziury zobaczymy bardzo wyraźne jasne plamy. Zdjęcia powyżej przedstawiają ten sam fragment marynarki – po lewej widziana z zewnątrz, po prawej dziury widoczne przez podszewkę patrząc pod światło.

Jakość! Jakość przede wszystkim!

Wreszcie, to co być może najistotniejsze w second-handowych zakupach. Nie kupujemy tam szukając taniości jako takiej. Upolowanie dajmy na to koszuli za 20 złotych, która w normalnej sieciówce kosztuje 50 to żadna oszczędność. To na 99% kupienie kiepskiego materiału, kiepsko uszytego i nieprzyjaznego w noszeniu. Ideą zakupów w second-handzie jest trafienie na towar z wyższej półki, w bardzo dobrej jakości. Trofeum to właśnie koszula za 20 złotych o jakości za którą trzeba byłoby zapłacić w „normalnym” sklepie kilkaset złotych. Nie warto wydawać nawet małych pieniędzy na kiepski towar.

Pisząc o zakupach w  sklepach typu second-hand celowo używam słów takich jak polowanie czy trofeum. Poszukiwanie dobrych ubrań w takich sklepach wymaga nieco łowieckich umiejętności: strategii, spostrzegawczości, cierpliwości i wytrwałości. I może z tego powodu łatwiej się „wkręcić” w takie „łowy” niż w zakupy w konwencjonalnych sklepach. Dobrze dopasowane trofeum, zestawione z innymi trofeami potrafi dać dużą satysfakcję. Zestaw prezentowany w jednym z poprzednich wpisów został prawie w 100% skomponowany właśnie z second-handowych trofeów – jedynym odstępstwem były poszetka i krawat.

W następnym wpisie z tej serii słów kilka o tym, dlaczego jednak warto na łowy ruszyć (też) do tradycyjnych sklepów.

A Wy? Polujecie w second-handach? Jakie są Wasze trofea?

 

Pozostałe wpisy z tej serii: DecyzjaNowa garderoba, Jak od razu poprawić styl

p.s. A o zaletach popularnych “lumpexów” pisali też Secondhand Dandy, Meander i inni.