księżyc

Małe wyprawy – duża frajda

W wolnych chwilach lubię wypady za miasto. Jeśli „wolna chwila” jest dłuższa, to w grę wchodzą albo parodniowe wędrówki po górach, albo jakiś żeglarski epizod. Zwykle jednak „wolna chwila” jest znacznie krótsza niż oczekiwana i pożądana przeze mnie, to w grę wchodzą jednodniowe, lub jednonocne wyprawy. Nie jest to żaden wielki survival, raczej eksplorowanie wolnych od miejskiego zgiełku okolic mojego Wrocławia. Oczywiście, od roku w takich wycieczkach towarzyszy mi Kangur.

Dlaczego warto?

Żyjąc w dużym mieście odczuwam potrzebę oderwania się od jego pędu, hałasu, zgiełku i wszystkich innych wielkomiejskich przypadłości. Zamiast szumu miejskiego tła, wolę, przynajmniej czasami, wsłuchać się w szmer rzeki i szum lasu. Zamiast rutynowej kolacji upichconej w kuchni, albo bardziej wystawnego jedzenia w jednej z restauracji, wolę poczuć niepowtarzalny smak strawy upichconej na niewielkim ognisku i jedzonej pod gołym niebem. I choć doceniam wygodę swojego łóżka, to raz na jakiś czas dobrze jest posmakować spania na karimacie. Rozgwieżdżone niebo staje się wtedy takim “ruchomym sufitem”.

księżyc
Ostatnim razem trafiłem na częściowe zaćmienie ksężyca

Podmiejskie wyprawy „w dzicz” stwarzają też szansę na spotkanie z niejednym przedstawicielem naszej rodzimej fauny. Często wiele osób jest zaskoczonych tym, ile różnych zwierząt kryje się wokoło. A wystarczy być cicho, aby cieszyć się z wizyty jakiegoś czworonoga, zwykle pozostającego w ukryciu.

W trakcie takich wycieczek miałem okazję obserwować gody żurawi, polowanie lisa na zająca (zając górą), harce kuny, łasicę polującą na nornicę (łasica górą) i wiele innych. O sarnach, bobrach, borsukach nie wspominam. I zapewniam, że spotkania z tymi zwierzakami są bez porównania bezpieczniejsze niż na przykład z podpitymi miłośnikami lokalnych klubów piłkarskich.

Wreszcie, taka wyprawa może być wspaniałą przygodą i lekcją dla dzieci. Zdarza się, że towarzyszy mi mój przyjaciel z dwójką synów. Ich dziecięca ciekawość i chęć eksploracji (ok – wymusza zdwojoną uwagę, bo dzieciarnia potrafi zaskakiwać inwencją) oraz zapał są nie do przebicia. Na szczęście nadmiar emocji również szybko ich usypia ?

Gdzie się wybrać?

Miasta, nawet największe, mają swoich bezpośrednich okolicach również całkiem niezurbanizowane tereny. Czasami nawet w granicach miasta. Miejsca na taki mini biwak często znajdują się w zasięgu kursowania regularnej komunikacji miejskiej. Jeśli nie znamy okolic swojego miejsca zamieszkania, wystarczy sięgnąć do aplikacji google maps – powinno pomóc w wytypowaniu takich rejonów.

łaka

Co ze sobą zabrać?

Najczęściej wystarczy śpiwór, karimata, prosty, ale niezawodny scyzoryk i zapalniczka, zapałki lub krzesiwo (o ile umiemy się nim posłużyć). Do tego picie, jedzenie – wyprawa na kilkanaście godzin, więc wystarczy kolacja i lekkie śniadanie;-) nie trzeba wykupywać połowy marketu. Ja ze sobą biorę jeszcze niewielki, jednoosobowy namiot na wypadek deszczu i czasami menażkę i kuchenkę zrobioną  z ociekacza na sztućce, jeśli w posiłkowych planach, zamiast kiełbasy pieczonej na ognisku jest równie nieśmiertelna fasolka;-)

przenosna kuchenka
Prosta przenośna kuchenka z ociekacza do sztućców. Idealne na małe wyprawy.

Zwykle się nie przydaje, ale warto mieć ze sobą podręczną apteczkę.

W każdym razie cały ekwipunek mieści się w niewielkim plecaku i waży parę kilogramów.

Jeśli zasmakujemy w takich wyprawach, a warto, polecam lekturę forów i kanałów survivalowych (kopalnia wiedzy). A jako źródło inspiracji warto sięgnąć po książkę Łukasza Długowskiego Mikrowyprawy w wielkim mieście.

A Wy – lubicie czasami takie mini wypady pod miasto?