Dobry krawiec to skarb!

Dobry krawiec – specjalista na wagę złota

Dobry krawiec to skarb. Jeśli takiego macie – pilnujcie, dbajcie i chuchajcie! Jeśli nie – szukajcie. A jak znajdziecie, to dajcie znać gdzie się ukrywa.

W procesie budowania garderoby i później dbania o nią, współpraca z krawcem jest sprawą podstawową. Większość ubrań kupowanych z wieszaka wymaga mniejszych lub większych przeróbek. Czasami trzeba coś zwęzić, czasami skrócić rękaw albo nogawkę. Ponownie obszyć nadwyrężoną zębem czasu dziurkę guzika albo dokonać innej naprawy o stopniu skomplikowania nieco większym niż przyszycie guzika. Tak czy inaczej – krawiec to osoba, dzięki której przeciętny ciuch może stać się super ciuchem i trzonem naszej “stylówki”.

Jest jedno ale… Nie zawsze za drzwiami zakładu krawieckiego urzęduje krawiec z prawdziwego zdarzenia. I w dzisiejszym wpisie trochę na to ponarzekam.

Powędrowałem do swojego fachowca

Jeszcze niedawno miałem dobrą krawcową. Miła, znakomity kontakt. Szybko dogadywaliśmy się o co chodzi  poprawkach, po które przychodziłem. Ba! Często zdarzało się, że zanim powiedziałem czego chcę, słyszałem od niej na przykład “O! To rękaw trzeba o 2 cm skrócić i troszeczkę zebrać w plecach.” Niestety, nic nie trwa wiecznie. Pani z zakładu zniknęła, a jej następczyni nie potrafiła, albo nie chciała powiedzieć gdzie przeniosła się pani Teresa.

Cóż – zaryzykowałem. Do zwężenia i skrócenia nogawek powędrowały dwie pary spodni od starego garnituru. I już na wstępie dostałem ostrzeżenie, w postaci głębokiej niechęci do pozostawienia na jednej z par mankietów. “Bo dzisiaj się tak nie nosi.” Otóż nosi się i mają być te mankiety. Z dwóch par, jedną udało się zwęzić poprawnie, ale w drugiej szerokość nogawek różni się o około pół centymetra. Niby nie dużo, ale jakoś wolę mieć równą lewą i prawą stronę…

Powędrowałem szukać innego fachowca

W sumie w kolejce do przeróbek czekały trzy marynarki. Kolejny fachowiec (z polecenia) tak wziął sobie moją prośbę o delikatne wytaliowanie marynarki, że po jej zapięciu tworzy się elegancka “rozgwiazda” wokół guzika, a ja przy głębszym wdechu mam obawę, czy ów guzik za chwilę nie wystrzeli w przestrzeń. Dla odmiany nie dał namówić się na skrócenie rękawów (miałem gorszy dzień i byłem zbyt mało asertywny). Choć może to i dobrze, bo gdyby zabrał się do tego, jak do taliowania, to pewnie rękaw zamiast do nasady kciuka sięgałby do nasady łokcia.

Znowu powędrowałem szukać innego fachowca

Marynarka numer dwa trafiła do jeszcze innego krawca. Tym razem chciałem tylko skrócić rękaw. Udało się! Po tygodniu odebrałem marynarkę i rękawy sięgały do nasady kciuka, jak należy! Ale… Znowu coś z symetrią poszło nie tak, gdyż jeden z nich być ścięty prosto, a drugi pod kątem… niedużo, ale jednak coś nie grało…

Ponownie powędrowałem szukać innego fachowca

Marynarka numer trzy. Zaczęło się dobrze. Maleńki zakład, działający w tym samym miejscu od kilkudziesięciu lat. Prowadzi go starsze małżeństwo. Zaczynamy od porządnej przymiarki. Pan kręci nosem nad odstającymi połami i kreśli mydłem tajemnice znaki na materiale. Szpilkuje, sprawdza, doradza. Jest dobrze. Wyjątkowo tym razem rękawy trzeba wydłużyć. Jest zapas materiału i te dwa-trzy centymetry się je wyciągnie. Umawiam się na odbiór za kilka dni. Niestety, w dniu odbioru marynarka jeszcze nie jest gotowa, a w zasadzie nawet napoczęta. Wracam po kolejnych kilku dniach. Moja kapota już na stole. Ale jeszcze nie gotowa. Umawiam się na trzeci termin. Marynarka gotowa. Prawie. Krawiec zapomniał, że miał wydłużyć te nieszczęsne rękawy…

Nadal szukam fachowca…

Dzisiaj idę przetestować kolejnego specjalistę. Mam nadzieję, że da sobie radę z tymi rękawami. Ja pozostaję jednak pełen obaw, bo o ile proste (?) przeróbki ostatecznie da się jakoś wyprostować, to niebawem mam zamiar zamówić kilka ubrań szytych na miarę. Jedzie do mnie kupon Harris Tweedu, który ma się zamienić w marynarkę z kamizelką. A po tych wszystkich przygodach, trochę boję się powierzyć tak zacną tkaninę w ręce, które na przykład skroją dwa różne rękawy… A w kolejce do liftingu czeka jeszcze fajny płaszcz.

Tak czy inaczej, za jakiś czas opiszę perypetie z szyciem miarowym. Mam nadzieję, że ze szczęśliwym happy endem.

A Wy? Macie swoich sprawdzonych krawców?

  • Hmm, sprawdzonych krawców nie mam, na szczęście ich nie potrzebuję. Większość rzeczy się jakoś tak do mojej sylwetki dopasowuje i wygląda to całkiem nieźle.

    Niemniej, życzę powodzenia w poszukiwaniu dobrego krawca, na pewno się uda!