Pyton

Czy Twój pyton dalej rośnie?

Od paru dni trwa niezła histeria wokół pytona. Tak, jest sezon ogórkowy i pismaki nie mają o czym pisać, mówić i trąbić, a tu trafił się pyton! Prawdziwy! Uciekinier! I do tego tygrysi! Wow! No to ja też o nim napiszę! A co! Trochę się na wężach znam, ale tylko trochę (albo dwie trochy) 😉

Co wiemy?

Znaleziono wylinkę*. Wylinka, w dwóch częściach miała ponoć 5 metrów długości. Jedna pani w TV coś pomieszała i od razu dodała temu wężu dobry metr, bo według niej wylinka się kurczy po zrzuceniu. Jest akurat odwrotnie, bo w trakcie zrzucania się rozciąga, ale to detal 😉 W zależności od warunków, głównie wilgotności powietrza i tego jak sprawnie wąż “wyłazi ze skóry” jest ona dłuższa nawet o 20-25% od faktycznej długości węża. Tak więc te anonsowane początkowo 6 metrów właściciela 5 metrowej wylinki winno się skurczyć do jakiś 4 metrów (z tolerancją od 3.5-4.5 metra).

*Wylinka…

…jeśli ktoś nie wie, to zrogowaciała warstwa naskórka, którą gady zrzucają co jakiś czas. Nie tylko wtedy kiedy jakoś znacząco rosną (choć w okresie intensywnego wzrostu robią to częściej) ale w miarę “zużywania się” swojej zewnętrznej warstwy, wymieniają ją na nową. Jaszczurki zrzucają wylinkę w kawałkach. Często zresztą ją zjadają (zawsze to parę kalorii in plus i mniej tropów dla potencjalnych drapieżników). Węże natomiast zrzucają ją w jednym kawałku, chyba, że się przy tym uszkodzi i podrze. Proces linienia zaczyna się od pęknięcia naskórka na krawędzi tarczek wargowych (czyli wokół pyska). Następnie wąż “wyłazi” z niej jak z pończochy, starając się zaczepić stary naskórek o podłoże.

Co jeszcze?

Po Wiśle pływają ekipy poszukiwawcze (fajna zabawa!) a brzegi patrolują łowcy pytona, niczym polscy “patrioci” plaże w Rimini. Widziano ślady pytona który pełzł do wody! A więc przepłynął Wisłę! Grasuje (!) już na obu brzegach, ale jest też możliwe, iż ruszył na łowy na żoliborskie koty, tudzież ma zamiar zaatakować Marylę R. i jej pupili po tym, jak już skutecznie sterroryzował konstancińskich krezusów. Chodzą też słuchy, że mafia pruszkowska, wołomińska, powiatowa, urzędowa, a nawet włoska Cosa Nostra zwijają okoliczne interesy z obawy przed niespodziewanym atakiem pytona.

A na (prawie)poważnie, to…

Przejdziem Wisłę!

… pokazane w TV ślady pozostawione na brzegu przez pytona zsuwającego się do wody jako żywo przypominają mi takie, jakie zostawia np. spychana do wody łódka. Sorry, ale widziałem w terenie ślady jakie zostawiają na nadbrzeżnym piasku węże, krokodyle i większe jaszczurki, jak również ślady łódek, kajaków i innych takich tam stworów 😉 Może faktycznie, gdzieś, ktoś znalazł ślad pełznącego dużego węża (czyli tego poszukiwanego pytona), ale w TV pokazali coś zupełnie innego.

Święty pyton od bilokacji!

… nieszczęsnego pytona i jego ślady “widziano” już w tylu miejscach, że mamy do czynienia z wężem o patologicznym poziomie ADHD.

W ciągu roku pytony mogą zwiedzić obszar o powierzchni ponad 25 km2 (czyli obrazowo kwadrat 5×5 km), ale ich przeciętnie pokonywany dzienny dystans to zaledwie kilkadziesiąt do stu kilkudziesięciu metrów. Oczywiście, zdarza im się przesiedzieć kilka dni w jednym miejscu i dłuższa wędrówka a następnie znów bardzo osiadły tryb życia, ale nie będzie to parokilometrowa pielgrzymka. Wiemy to dzięki badaniom tych węży (wielu, nie jednego) z użyciem radiotelemetrii  co umożliwia regularną lokalizację tego samego osobnika. Tymczasem w ciągu kilku ostatnich dni pytona “widziano” plus minus wzdłuż 20 km odcinka Wisły, na obu jej brzegach i w interwałach czasowych wymagających od węża albo zdolności do bilokacji (ale wiadomo, szatański pomiot, więc kto wie…) albo zdolności do rozwijania zawrotnych, jak na węża, prędkości**.

**Zawrotnych, czyli jakich?

Mamba czarna, czyli wąż uznawany za jednego z najszybszych, jeśli chodzi o poruszanie się, rozwija prędkość do 12 km/h. My, ludzie, maszerujemy z prędkością około 5 km/h a w biegu jesteśmy w stanie rozwinąć na małym dystansie nawet ponad 30 km/h. Pytony są znacznie bardziej ślamazarne. Nie sądzę, aby taki wąż przemieszczał się szybciej niż 1 km/h. W porywach i wężowym sprincie (tzn. wieję ze strachu, że coś mnie zje) na kilkunastu metrach może te 5-10 km/godzinę by wyciągnął. Co innego atak-ukąszenie. Tyle, że ten polega nie na pogoni za ofiarą tylko wyrzuceniu przedniej części ciała i złapaniu pyskiem zdobyczy. To faktycznie jest szybkie, ale ograniczone zasięgiem do 1/3 – 1/2 długości gada.

…A jak go już spotkamy to nie patrzeć mu w oczy!

Bo to go może rozdrażnić, albo może zacząć nas hipnotyzować! Takiej rady udzielił pracownik jednego z ZOO… Fajnie, tylko to jeden z najgłupszych mitów dotyczących węży. Nie hipnotyzują ofiar. Pewnie by chciały, ale taki wąż, jeden z drugim, nie potrafią.

A skąd wiara w tą hipnozę?

1. Pan wąż nie mruga. Węże mają zrośnięte powieki, które stały się przezroczyste i noszą nazwę okularu. Stąd ich nieruchome spojrzenie. Ani to nie mrugnie, oczu nie zamknie, jak nic hipnotyzuje!

2. Gałka oczna u węży jest niezbyt ruchliwa. Mięśnie nią poruszające są dość mocno zredukowane i węże są w stanie wykonywać tylko niewielkie ruchy oczami. Czyli, jak wąż usłyszy (no, ze słuchem u nich też różnie…), że umie hipnotyzować, to nie będzie w stanie wywracać oczami, w stylu “ale brednie”.

3. Macha językiem! A jak wąż macha językiem, to żaba się nie rusza! Zahipnotyzowana! Tylko, że wąż macha językiem nie po to, aby hipnotyzować mysz czy żabę, tylko w celach…. hmm… jakby to nie brzmiało… poznawczych. Język jest u nich narządem chemorecepcji, czyli po ludzku, tak jak my wąchamy powietrze (i albo nam ładnie pachnie jedzonko – i bez patrzenia wiemy jakie jedzonko!, albo coś cuchnie znad hałdy, etc.) tak i wąż sprawdza co w okolicy. A nawet robi to dokładniej niż my. A im bliżej potencjalnego posiłku (tu żaby albo myszy) tym częściej to powietrze “smakuje”, czyli macha językiem. A przykładowa mysz czy żaba tkwią nieruchomo (jak zahipnotyzowane), bo zorientowały się, że blisko nich jest drapieżnik, który na nie poluje. Będąc w bezruchu zwiększają swoje (mizerne, bo mizerne, ale zawsze jakieś…) szanse na to, że nie zostaną wykryte. Btw., my też w takich sytuacjach instynktownie zastygamy w bezruchu;)

4. Są węże, które wabią ofiary! Ale najczęściej robią to końcówką ogona! Przykładem może być zdradnica śmiercionośna, której kolorowo zabarwiony koniec ogona wygląda jak robak. Dla żab i jaszczurek smakowity robak! Naiwniaki są zjadane! Tak czy inaczej, zdradnica to nie pyton. Pyton nie udaje 😉

A jak się owinie wokół szyi…

… to kark skręci! Jak nic! Takie ostrzeżenie wystosowała pani “ekspert” przepytana przez TV. Tyle, że pytony, boa, anakondy, połozy i żadne inne węże nie starają się jakoś szczególnie owinąć wokół szyi. Owszem, duszą swoje ofiary, ale nie tak. One owijają się wokół klatki piersiowej i ich duszenie polega na uniemożliwieniu jej rozszerzania (czyli nabrania powietrza). “Po ludzku” dusimy zaciskając ręce na szyi i w ten sposób zamykamy światło tchawicy oraz tętnic szyjnych co prowadzi do szybkiego omdlenia (stąd wiara, że wąż “dusiciel” też tak robi). Wąż owinięty wokół klatki piersiowej czuje też bicie serca i dusić przestaje dopiero po jego ustaniu. Tak więc, nie będzie się starał owinąć wokół szyi. A jeśli już to zrobi, to, tylko wtedy, jeśli najpierw sami weźmiemy go na ręce nie będzie miał wobec nas morderczych zamiarów:)

Może być agresywny!

To akurat prawda. Może. Choć jest to mało prawdopodobne. Dzikie pytony tygrysie mają żywszy temperament niż hodowlane. Te hodowlane to w większości potulne gady. Jeśli już trafimy na takiego temperamentnego to i tak  najpierw zacznie syczeć (głośno). Może nawet kilka razy pozorować atak zanim zrobi to na serio. To jednak mało prawdopodobny scenariusz. Wąż to nie kibol i nie będzie bezinteresownie nikogo i niczego atakować.

Czy może zjeść człowieka?

Bardzo duży pyton tak, może. To znaczy taki co ma te 6-7 metrów. (I dotyczy to pytona siatkowego, a nie poszukiwanego tygrysiego.) Ofiara gabarytowo adekwatna dla takiego pytona, to coś w rozmiarze wyrośniętego szczura, królika albo kury. To jest w sam raz. Mniejsze, to kiepski bilans energetyczny. Większe, to duże ryzyko i wysiłek.

Akurat! Już zaczął polować!

Ponoć już zeżarł bobra! No i niektórzy okoliczni (patrz punkt o wędrówkach) mieszkańcy nie mogą doliczyć się psów i kotów! Masowo znikają wybierane z domów przez żarłocznego pytona!

Tylko, że… jest trochę za zimno jak na jego optimum. Przy obecnych warunkach pogodowych raczej nie jest zainteresowany żerowaniem.

A jak zeżarł coś małego (np. szczura) to będzie minimum dwa – trzy dni przerwy w polowaniu (chyba, że coś mu samo pod pysk podejdzie, a i to nie zawsze go skusi do posiłku). A jak zeżarł bobra, to minie tydzień zanim się ruszy z miejsca. I co najmniej miesiąc zanim przyjdzie mu do głowy polowanie na cokolwiek. Pomijając, że bóbr byłby już bardzo solidnym jak na takiego węża posiłkiem.

Wreszcie, pytony jedzą może i obficie, ale robią to raz na parę tygodni, a nawet miesięcy. Roczna głodówka nie jest u nich czymś niebywałym.

Pytona trzeba znaleźć

Ale dla jego dobra. Jeśli go nie znajdziemy, to zwierzę padnie z zimna. Ot i cała wakacyjna afera.

Macie jakieś pomysły co będzie dalej? Ponoć na Roztoczu zaczął grasować szympans. Może się okazać niebawem, że to nie bonobo, tylko mamy nareszcie własnego Yeti. I to byłby Yeti na miarę naszych możliwości 😉

Photo by SFWMD on Foter.com / CC BY-ND