Jak być atrakcyjnym dla kobiet

Jak być atrakcyjnym dla kobiet? #1- wygląd

Jak być atrakcyjnym dla kobiet? *

Nie – nie będę tu produkował teorii lansowanych przez różnego rodzaju specjalistów od podrywania nastolatek czy innych “kołczów”. Nie będzie też tutaj porad w stylu “jak wyrwać dziewczynę na jedną noc”, bo nie o to chodzi.

Chcemy być atrakcyjni. Normalna sprawa i czysta biologia. No właśnie, biologia… Ponieważ jestem biologiem, a co więcej aktywnym naukowcem, na pytanie, jak być atrakcyjnym dla kobiet postaram się odpowiedzieć przez pryzmat nauki właśnie. Przytaczając i krótko omawiając wyniki badań antropologów, biologów i psychologów, którzy zadali sobie pytanie, co sprawia, że mężczyźni są postrzegani przez kobiety jako atrakcyjni i postanowili to zbadać w jak najbardziej obiektywny sposób. Ale najpierw dwie małe, ale ważne dygresje. O naszej gatunkowej przeszłości i o tym, czym jest nauka.

Ewolucja, jaskiniowcy i my…

Czy to się komuś podoba czy nie, jesteśmy produktem ewolucji. Jakichś trzech i pół miliarda lat darwinowskiej walki o byt, która spowodowała, że jesteśmy tym, czym jesteśmy – “nagą małpą” czy też “trzecim szympansem”. Nasze geny, ciała i umysły noszą w sobie piętno milionów pokoleń istnień walczących o byt. Tego, co Darwin nazwał nieskończonym szeregiem form najpiękniejszych i najbardziej godnych podziwu (ang. endless forms most beautiful). I wszystkie te pierwotne instynkty i potrzeby w dalszym ciągu drzemią w nas i wywierają na nasze zachowania wielki wpływ. Nasz umysły kształtowały się nie w czasach drapaczy chmur, jumbo-jetów i fast foodów tylko na afrykańskiej sawannie pełnej drapieżników polujących właśnie na nas. I we współczesnych kobietach wciąż tkwią kryteria pra-pra-pra-kobiet. One na swoich partnerów wybierały takich samców, którzy byli w stanie zapewnić im bezpieczeństwo i jeszcze przynieść do domu, to znaczy jaskini, porządnego mamuta na obiad.

I jeszcze jedna mało romantyczna dygresja. Koszty reprodukcji nie są równe. Z czysto biologicznego punktu widzenia kobieta inwestuje znacznie więcej w potomstwo niż jej partner. Nasza inwestycja może w szczególnych przypadkach ograniczyć się tylko kilku centymetrów sześciennych nasienia. W związku z tym, to kobieta ma więcej do stracenia i musi ostrożniej dokonywać wyboru.

Naukowcy i prawdy objawione

Nauka nie ma patentu na prawdę absolutną. Tym różni się od religii, które roszczą sobie prawo do posiadania takich prawd. Nie jest z tego powodu gorsza. Jest lepsza, ponieważ zostawia miejsce na poprawę błędów – w zaparte nie pójdzie:) Naukowcy w swoich wnioskowaniach bardzo często posiłkują się statystyką. Takie słowo-wytrych. Coś jest jest albo nie jest ‘istotne statystycznie’. Znaczy to tyle, że prawdopodobieństwo popełnienia błędu jest mniejsze niż graniczne (arbitralne) przyjęte w metodyce. Zwykle mówimy, że istotne jest prawdopodobieństwo poniżej 0.05, czyli można przyjąć ryzyko popełnienia błędu rzadziej niż raz na dwadzieścia prób. Zwykle to ryzyko jest znacznie mniejsze – raz na tysiąc czy raz na dziesięć tysięcy.

Druga kwestia. Wiele badań wcale nie daje jednoznacznych wyników w sensie tylko “to” albo tylko “tamto”. Jest to szczególnie dobrze widoczne właśnie w takich badaniach jak te omawiane poniżej. Jeśli wyniki wskazują, że na przykład ulubionym kolorem większości z nas jest, dajmy na to, zielony, to nie oznacza, że wszyscy ludzie lubią zielony. A więc “zwykle” to nie “zawsze”, a “większość” to nie “wszyscy”. To ważne. Zwłaszcza w przypadku omawianych poniżej wyników badań, gdzie często różnice, choć istotne statystycznie (i to na znacznie solidniejszym poziomie niż p=0.05), były dość subtelne. Niestety, znam z autopsji (z pozycji obserwatora) reakcje typu: badania pokazują, że większość woli zielony “Phi, co za bzdura! Przecież JA wolę sino-koperkowy!”

Czego one w nas szukają? **

Po pierwsze – bezpieczeństwa. Na każdym poziomie: od fizycznego (“jak tu przyjdą to ich zjem!”) poprzez emocjonalne aż po materialne. Akcenty mogą być rozłożone w różny sposób a każda z tych potrzeb realizowana inaczej.

Po drugie – statusu: społecznego czy materialnego. Po prostu samiec alfa był na sawannie najbardziej pożądanym partnerem i to kryterium pozostało. Stety i niestety.

Po trzecie – dobrych genów. W końcu biologia tak to urządziła, że łączymy się w pary głównie z powodu chęci posiadania wspólnego potomstwa.

A więc podsumowując – liczy się to jak wyglądamy, jak pachniemy i jak się zachowujemy (i jeszcze 100000 innych spraw). Dzisiaj o wyglądzie. A o zapachu i zachowaniu innym razem.

Bądź na jej poziomie… atrakcyjności

Często można spotkać się z opinią, że w przypadku mężczyzn wygląd się nie liczy. To bzdura. Wygląd ma znaczenie! Przy czym na całe szczęście dla nas, nie do końca chodzi o to, czy jesteśmy wcieleniem Adonisa czy wręcz przeciwnie, Quasimodo. Chodzi o to, co reprezentujemy swoim wyglądem. Jaką informację w ten sposób przekazujemy. Czyli w najbardziej podstawowej wersji, chodzi o to, że jeśli potrafimy zadbać o siebie to jest spora szansa, że o swoją kobietę i potomstwo też.

Druga sprawa związana z wyglądem, to to, że na potencjalnych partnerów wybieramy zwykle takie osoby, których wygląd sugeruje, że należą do tej samej ligi co i my. Badacze z California University w Berkeley wzięli pod lupę użytkowników popularnego portalu randkowego. Nie było zaskoczeniem, że randkowicze celowali w jak najbardziej atrakcyjnych partnerów. A przynajmniej równie atrakcyjnych jak oni sami (atrakcyjność obu grup oceniała trzecia, niezależna grupa). Jednak pozytywna reakcja zaczepianej strony była bardziej prawdopodobna, jeżeli dana osoba była mniej więcej na tym samym poziomie atrakcyjności.

Upraszczając, miss remizowej dyskoteki może i wyżej oceni atrakcyjność wyelegantowanego przystojniaka w perfekcyjnym garniturze i wypolerowanych butach, ale większe szanse na “long-term relationship” będzie miał u niej mister ortalionowego dresu. W drugą stronę też to działa. Taka trochę biologicznie uwarunkowana kastowość, choć to niezbyt poprawne politycznie.

Ech… materialistki…

Cóż… Kiedyś badacze wpadli na pomysł aby pokazać respondentkom zdjęcia facetów w zestawieniu z luksusowym samochodem albo bez. W luksusowym apartamencie, albo zwykłym hotelowym pokoju. W eleganckim garniturze i zwykłym ubraniu. I tak dalej. Takich badań przeprowadzono całkiem sporo w przeróżnych konfiguracjach. Oczywiście, za każdym razem “dziany” i “normalny” facet był odgrywany przez tego samego modela. No i jak można się domyślać, ten wyglądający na lepiej sytuowanego zyskiwał większe uznanie kobiet.

Cóż… Tak to urządziła nam natura, że kobiety chcą mężczyzn, którzy potrafią zapewnić im (i ewentualnemu potomstwu) byt. Ten co potrafił przytargać do jaskini dwa mamuty był lepszy niż ten z jednym. Czy nam się to podoba czy nie, warto wyglądać lepiej 😉

One wolą starszych!

Wiadomka! Facet jest jak wino – im starszy tym lepszy! I znowu ciekawscy naukowcy postanowili sprawdzić tą starą prawdę. Co ciekawe, im bardziej finansowo niezależne były ankietowane kobiety, tym wyraźniejsze było preferowanie starszych od nich mężczyzn.

Dlaczego? Psycholodzy ewolucyjni skłaniają się ku tłumaczeniu tego poprzez pryzmat posiadanych zasobów i statusu. Starsi mieli więcej czasu aby zgromadzić zasoby i zdobyć uznanie. Są też “przetestowani” przez życie – to znaczy po prostu przeżyli, czyli musieli być wystarczająco dobrzy. Ekstremalnym przykładem takiego podejścia są namiętne związki dwudziestoletnich super-modelek z dobiegającymi dziewięćdziesiątki milionerami. Choć może w tym przypadku motywacje są bardziej przyziemne…

Broda – tak czy nie?

No właśnie. Nam facetom rośnie broda. A czy broda jest fajna? Broda kłuje. Jak się rano ogolimy na gładko, to wieczorem nasze lico przypomina w dotyku papier ścierny średniej gramatury. Jak ją zapuścimy i nie okiełznamy, to pojawi się gąszcz przypominający busz. Więc zapuszczać, czy nie?

Co wykombinowali naukowcy? Poprosili kobiety o ocenę serii zdjęć przedstawiających modeli gładko ogolonych, z trzydniowym zarostem, z 10-dniowym zarostem oraz parotygodniową brodą.

Okazuje się, że badanym kobietom najbardziej podobali się mężczyźni z 10-dniowym zarostem. Czyli nie trzydniowi, nie gładko ogoleni i nie zarośnięci w stylu drwala, co to od roku w puszczy siedzi.

To jak panowie? Zapuszczamy brody? 😉

(choć zapewne jeśli wszyscy zapuścimy brody, to pewnie większy poklask zyskają ci ogoleni na gładko, bo czasami warto się wyróżniać)

Mięśniak czy szczypior?

No właśnie, czy przypakowany facet jest lepszy niż chudzielec czy nie? Sporą grupę kobiet poproszono, aby spośród serii zdjęć przedstawiających częściowo roznegliżowanych panów o różnym stopniu umięśnienia wybrały takich, którzy by im potencjalnie odpowiadali jako partnerzy w długoterminowym związku oraz takim bardziej przelotnym. Jak wybierały panie?

“Mięśniaki” wygrali w kategorii “short-term”. Natomiast jako kandydatów do poważniejszych i dłuższych relacji panie wybierały szczuplejszych (ale nie wychudzonych!) mężczyzn.

Karnet na siłownię już kupiony? 😉

Nie szata lecz blizna zdobi faceta!

Życie jest niczym rzeźbiarz. Czasami dłuto mu się omsknie i dziewicze oblicze czy tors naznaczy szpetną szramą. Oczywiście w roli dłuta może wystąpić krokodyl (ile blizn miał Krokodyl Dundee, ha?!), szwabska kula (po niej ta blizna obok tej po wyrostku)… No właśnie. Blizny. Są sexy czy nie?

Tym razem naukowcy sięgnęli po “fotoszopa” tudzież inne takie narzędzie i zajęli się zdjęciami swoich studentów. Wybrali 24 mężczyzn i tyleż samo kobiet a następnie wylosowali co drugą osobę z każdej grupy i cyfrowo dorobili im blizny. Następnie poprosili kolejną grupę liczącą już około 200 osób o wskazanie spośród bliznowatych i nie-bliznowatych, najbardziej, według nich, atrakcyjnych osób jako kandydatów na krótko- i długo terminowe związki.

W przypadku mężczyzn wskazywanych jako kandydaci na krótkoterminowe związki nieznacznie wygrali panowie ozdobieni bliznami. W kontekście dłuższych relacji wyraźnych trendów nie zaobserwowano. Kobiety natomiast były równie atrakcyjne jako krótko- i długo-dystansowe partnerki, niezależnie od tego, czy miały blizny, czy też nie.

Jak to tłumaczyć? Być może z jednej strony osoba z bliznami jest gwarantem posiadania”dobrych genów”. Po prostu, skoro zyskał blizny to znaczy, że wyszedł zwycięsko z solidnych opresji. Został ranny i wyzdrowiał. Taki wyznacznik dobrej kondycji. Z drugiej, skoro zarobił sporo blizn, to może ryzykant z niego? Może ma łatwość popadania w tarapaty? Warto inwestować w związek z takim ryzykantem?

Czyli…

No i jak? Mamy już mętlik w głowie? Gonić na siłownię i zapuszczać 10-dniową brodę? Inwestować w garnitury i inne atrybuty kojarzone z zamożnością? A jak mam 60 cm w bicepsie, ale nie mam fajnej blizny, to już pozamiatane? Powyższe warto wziąć do serca, ale też potraktować trochę z przymrużeniem oka. To, jak się ubieramy, jakie mamy mięśnie, jaką brodę i tak dalej, to przecież zaledwie maleńki wycinek tego, kim jesteśmy. Taki, który łatwo zbadać. A jesteśmy zbyt złożonymi istotami, aby całe damsko-męskie relacje sprowadzić do długości brody czy obwodu bicepsa.

A może po prostu warto być sobą i pracować nad lepszym “ja”? 😉

 

* Do napisania tego artykułu zainspirował mnie wpis z bloga I Fucking Love Science, który polecam wszystkim zainteresowanym naukowymi nowinkami podanymi często w pełnym entuzjazmu stylu korespondującym z nazwą tego medium.

** Na wybór i ocenę atrakcyjności ma wpływ tak wiele czynników, o tak różnych wzajemnych oddziaływaniach, o podłożu zarówno biologicznym jak i kulturowym, że do wyników badań, które mogłyby wypadać nie po naszej myśli należy podchodzić z dużym dystansem i przymrużeniem oka 😉 A do tych, które nam pasują, śmiertelnie poważnie 😉