Brown in town

Brown in town

W klasycznej męskiej elegancji pokutuje, lub raczej jeszcze niedawno pokutowało, kilka zasad, które uległy dezaktualizacji. Jedną z nich jest stara maksyma No brown in town mówiąca o tym, iż dżentelmen nie paraduje w mieście w brązie. Brąz miał być barwą zastrzeżoną dla tzw. country wear. Dostojny dżentelmen przywdziewał taki strój w czasie wypadów za miasto. Na polowanie, konne przejażdżki, czy po prostu wizyty w swojej wiejskiej posiadłości. W mieście paradowanie w brązach uchodziło za faux pas.Brown in town

Zasada no brown in town obowiązuje nadal jedynie w kategorii ubiorów o wysokim stopniu formalności. Brązowy smoking czy frak nie przejdzie. Podobnie jak wieczorowy garnitur. Albo brązowe buty na przyjęciu na które zaprasza się z adnotacją black tie. Jednak jako element codziennego ubioru brąz na dobre rozgościł się w miastach i to nie tylko za dnia.

I dobrze, bo brązy są fajne.Brown in town

Brown in town

Zestaw, który dzisiaj prezentuję jest jednym z moich częstszych, codziennych strojów w okresie jesienno-zimowym. Tak jako całość jak i jego poszczególne składowe, które często łączą się z innymi elementami z mojej garderoby. Lubię to spokojne, ciepłe zestawienie brązów przełamane niebiesko-szarą marynarką. Może i jest to zestaw bez fajerwerków, ale jak dla mnie sprawdza się w codziennym użyciu.

brown in town

Marynarka to już trochę wiekowy egzemplarz wygrzebany kiedyś w second handzie (lubię second-handy). Aktualnie jest to moja marynarka nr 3 w marynarkowej hierarchii, choć przewiduję, że niebawem spadnie z podium. 100 % wełniana przędza i wiskozowa podszewka zapewniają dobry komfort użytkowania. Nie jest może tak ciepła jak Harris Tweed, ale i tak nie marznę w niej w zimowe mrozy. Lubię jej kameleonowatość: w dziennym świetle nabiera żywszych barw, przy sztucznym oświetleniu robi bardziej stalowo-szara.brown in town

Pod marynarką często ląduje brązowa kamizelka. W chłodniejsze dni bardzo pożądany dodatek.

Płaszcz to kolejny łup z second-handu. Niestety, czuję, że to jego ostatni sezon regularnego użytkowania i za rok zostanie zdegradowany do rangi ubioru do “szlajania się”.

Brown in town

Brązowe denimowe spodnie z Bytomia okazały się początkowo dość nieudanym zakupem. Nie wiem, co się podziało z moimi oczami, ale w przymierzalni byłem pewien, że leżą jak należy. Po kilku dniach kiedy je założyłem okazało się, że nogawki są o kilka cm. za szerokie. Cóż… interwencja krawca i leżą już znacznie lepiej, choć idealnie raczej nie będzie…

Brown i town - hat

A na głowie – budżetowy kapelusz. Ma jedną, wielką zaletę. Najważniejszą – choć z pewnością są i jakościowo i wizualnie lepsze kapelusze. Nawet w mojej szafie. Ten egzemplarz wygrywa tym, że go lubię. Tylko tyle i aż tyle. Bo ubranie trzeba lubić. Inaczej nie ma frajdy!

W tym wpisie pojawił się też fular. Już niebawem na blogu zawita wpis, w którym to ten dodatek będzie głównym bohaterem. A tymczasem przypominam o konkursie! Do wygrania poszetka. Zwycięzcy będę zazdrościć 😉

  • chmurkaenigma

    Wpadłam tu przypadkiem szukając ‘apaszki pod koszulę’. Blog mnie szczerze zauroczył i pozostanę tu na dłużej 🙂 Proszę o więcej postów modowych, czyta się je lekko i są niesamowicie ciekawe. Nigdy nie słyszałam o regule ‘no brown in town’ więc w ciągu paru minut zdobyłam 100pkt za nabycie wiedzy na temat tej ciekawostki.

    • Męski Pub

      A dziękuję 🙂 Postaram się w miarę regularnie dorzucać nowe wpisy 🙂